016 Sesja slubna w lesie magiczne zdjecia w nocy Las w Trzebini

Sesja ślubna w lesie, magiczne zdjęcia w nocy
– Las w Trzebini

W lipcowy wieczór w Trzebini Gabi i Paweł weszli do pachnącego bukowego lasu w sukni i garniturze – w soczystym, złotym świetle przeszli przez prostą białą bramę, rzucili confetti, śmiali się z płatków we włosach i tworzyli naturalne, radosne kadry wśród paproci, mchu i polnych kwiatów. Gdy słońce zaszło, około 20:30 las pogrążył się w granatowej nocy – zapalili jedną małą naftową latarnię, której ciepły, pomarańczowy płomień oświetlał tylko ich dwoje, tworząc intymne, magiczne zdjęcia z długimi czasami naświetlania, odbiciami w oczach i sylwetkami na tle aksamitnej czerni. Sesja ślubna w lesie trwała 2,5 godziny – od popołudniowego ciepła i confetti jak różowy śnieg, po nocną ciszę z latarnią i opadającymi płatkami jak spadającymi gwiazdami – zostawiając wspomnienie, w którym para przestała pozować, a po prostu była razem w lesie, który ich przyjął.

Najlepsze zdjęcia z całej sesji ślubnej

Poniżej zamieszczam moje ulubione kadry z całej sesji ślubnej – te, które najmocniej zapadły mi w pamięć i najlepiej oddają prawdziwą magię tego dnia.

Sesja w skrócie

  • Lokalizacja sesji – Trzebinia, sesja w lesie
  • Długość trasy do przejścia – 0,5 – 1 km
  • Różnica wysokosći do pokonania – 50 m
  • Liczba zdjęć zrobionych – 1943 zdjęć
  • Liczba zdjęć finalnych – 167 zdjęć
  • Pora roku, miesiąc – lato, lipiec
  • Godzina rozpoczęcia – 16:30
  • Czas trwania sesji – 2:30 godziny
  • Pogoda – 24°C, bezchmurnie, słonecznie
  • kolorystyka – Soczysta zieleń lasu + ciemne barwy nocy
  • Dodatki / rekwizyty – Bukiet, kwiatowe confetti, brama ślubna

Dojazd do miejsca sesji

Zjedź z autostrady A4 na węźle Trzebinia, kieruj się w stronę centrum miasta ulicą prowadzącą do ul. Jana Pawła II, a następnie dojedź do Cmentarz Komunalny w Trzebini, przy którym znajduje się wjazd do lasu.

Lokalizacja – współrzędne GPS

LasMapy Google – 50.163648005018345, 19.483566611024102

Gdy las jeszcze pachniał popołudniem

Lipiec w Trzebini pachniał igliwiem, nagrzaną ziemią i tym specyficznym, słodkim zapachem, który mają tylko lasy bukowe w pełnym lecie. Godzina 16:30. Słońce stało wysoko, ale już zaczynało się leniwie schylać między koronami. 24 stopnie, zero chmur – światło było soczyste, złote, takie, które przebija liście i maluje wszystko od spodu ciepłym blaskiem. Gabi i Paweł weszli do lasu w sukni i garniturze, ale bez tej sztywnej powagi, którą widzi się na większości sesji ślubnych. Ona trzymała bukiet polnych kwiatów i traw, on niósł małą latarnię, którą później mieli zapalić. Między drzewami rozstawiliśmy prostą, białą bramę – nie po to, żeby wyglądała jak z katalogu, tylko po to, żeby dali sobie przez nią przejść. I przeszli. Najpierw normalnie, potem się zatrzymali, odwrócili do siebie i po prostu stali – ona oparła czoło o jego czoło, on objął ją w talii. Wtedy rzuciłam confetti. Kwiatowe płatki zawirowały w promieniach słońca jak drobny, różowy śnieg. Klik. Klik. Klik. Las wokół nich żył – wiewiórki skakały po pniach, wiatr szumiał wysoko, a oni śmiali się, bo confetti wpadało im do włosów, do butów, do dekoltu sukni. To był ten moment, kiedy przestali „robić sesję”, a zaczęli po prostu być małżeństwem w lesie, który ich przyjął bez pytań. Robiliśmy zdjęcia w pełnym świetle: zbliżenia dłoni z obrączkami na tle mchu, jej sukienka tańcząca między paprociami, on podnoszący ją lekko, żeby mogła dotknąć niskiej gałęzi, bukiet leżący na pniu, a oni w tle, rozmyci i szczęśliwi. Potem słońce zaczęło znikać. Światło zrobiło się pomarańczowe, potem różowe, potem po prostu ciepłe cienie. I wtedy przeszliśmy do tej części lasu, gdzie drzewa stoją gęściej, a ścieżka skręca w dół – w stronę starego, zarośniętego kamieniołomu.

Gdy noc przejęła las, a oni zostali w środku

Około 20:30 zrobiło się już prawie ciemno. Niebo granatowe, gwiazdy dopiero wychodziły, a my zapaliliśmy latarnię. Jedną małą, naftową latarnię z ciepłym, pomarańczowym płomieniem. To wszystko, czego potrzebowaliśmy. Sesja ślubna w lesie przeszła w zdjęcia w nocy – i nagle ten sam las stał się zupełnie inny. Ciemny, głęboki, tajemniczy. Drzewa wyglądały jak olbrzymie strażniki, a ścieżka ginęła w czerni. Latarnia rzucała okrągły krąg światła – tylko na nich dwoje. Reszta świata przestała istnieć. Gabi i Paweł szli powoli, trzymając latarnię między sobą. Światło odbijało się w jej oczach, w jego obrączce, w kroplach rosy na liściach. Robiliśmy nocne zdjęcia z długimi czasami – las w tle robił się aksamitnie czarny, a oni jarzyli się tym ciepłym, intymnym blaskiem. Były ujęcia, w których ona patrzy na niego, a on patrzy na nią – i między nimi tylko ta mała latarnia i cisza. Były momenty, kiedy stanęli plecami do aparatu, a latarnia oświetlała ich sylwetki od tyłu – jak dwa cienie w bajce. Było confetti rzucone w górę – płatki opadały powoli w świetle latarni, jak gwiazdy spadające do lasu. Magiczne zdjęcia rodzą się właśnie wtedy, kiedy przestajesz walczyć z ciemnością, a zaczynasz ją wykorzystywać. Tu nie było fleszy studyjnych, nie było zimnego LED-owego światła. Była tylko latarnia, las i oni. Sesja zdjęciowa w lesie zakończyła się po 2,5 godziny – zmęczeni, z mokrymi butami od rosy, z liśćmi we włosach, ale z takimi zdjęciami, że aż trudno uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Jeśli marzy Wam się sesja ślubna w lesie – taka, która zaczyna się w słońcu, a kończy w nocy, z latarnią, z confetti, z bramą, która jest tylko dla Was – napiszcie. Nie musicie wiedzieć, jak to zrobić. Wystarczy, że powiecie: „chcemy las i noc”. Resztę zrobimy razem. Czekam na Was, kiedy zrobi się ciemno

separator

Zobacz inne historie par z bloga ślubnego:

Przewijanie do góry